Na ten wschód słońca zbierałem się długo. No, pewnie, nie ma co przesadzać - są takie, o których myślę od wielu lat, i dotąd nie wyszło. Ale chodzi o to, że jak pierwszy raz jechałem na zawodowe zwiady do Mediolanu w maju, to już wtedy sobie wymyśliłem, żeby po załatwieniu tychże zwiadów wybrać się na Monte San Primo. Ale wtedy w prognozach były burze, a one raczej nie służą wschodom słońca w górach. Ale, tradycyjnie, choć się odwlokło, to nie uciekło.
San Primo znacie: to najwyższy szczyt Triangolo Lariano, wyraźnie oddzielonego ramionami jeziora Como pasma górskiego w Prealpach Luganeńskich. Byliśmy tutaj razem w zimie (tutaj i tutaj), a w połowie marca wydarzyła mi się okazja, żeby się wybrać na wschód słońca. Dodam, że od tego czasu byłem na San Primo jeszcze trzeci raz, ale o tym już będzie w swoim czasie na fejsbuku.
Autobus to w zasadzie wysadził mnie wyżej, bo szosa łącząca te komaskańskie miejscowości poprowadzona jest zboczami, tunelami i estakadami sporo nad jeziorem. Ale uznałem, że te 50 metrów podejścia to już nie taka różnica, a głupio by było nie przejść honornie od samego dołu. Bo w tej okolicy bardziej w dół to już się nie da.
Była 21, gdy przez malownicze jak zwykle uliczki San Giovanni zacząłem piąć się w górę.
Według drogowskazu na szczyt 5 godzin. Dziesięć kilometrów, 1400 metrów podejścia - sporo.
Przyznam, że na początku nie byłem do końca przekonany, czy to był dobry pomysł. Uznałem jednak, że zaczęrpnę mądrości króla Juliana ("Teraz prędko, zanim dojdzie do nas, że to bez sensu"), i jakoś to było. Szło się dobrze, a jezioro Como było coraz bardziej w dole.
Te okolice nie są bezludne, raz po raz mijałem więc kolejne przysiółki, pojedyncze domy czy gospodarstwa. Trudno się jednak robi ciemnym domom zdjęcia w nocy, więc zamiast landszaftów i włoskich miasteczek musicie zadowolić się kolejnym zdjęciem brzegów jeziora Como. Myślę, że wyraźnie widać, że to jest już zrobione dużo wyżej. Chciałem przenocować gdzieś w terenie najwyżej dwie godziny od szczytu, ale tak jakoś wybrzydzałem, i wybrzydzałem, i doszedłem dużo wyżej. Około w pół do pierwszej minąłem ostatni budynek, czyli schronisko - czy raczej, jak to w tych okolicach, restaurację - Rifugio Martina. Z oszronionej już hali zrobiłem to zdjęcie, po czym rozbiłem sobie wśród drzew powyżej hali na kilka godzin namiot.
Bo w międzyczasie (od noclegu w chatce z Palanzone Witch Project) przywiozłem sobie namiot, więc było jakby luksusowo.
Skłamałbym mówiąc, że spało się dobrze. Tyle dobrego, że z pobudką nie było problemu. O piątej byłem w drodze na szczyt. Z ciemności powoli wyłaniały się pierwsze okoliczne szczyty. Poza tym wyłoniły się też płaty zmarzniętego śniegu, więc droga stromą ścieżką zajęła mi sporo czasu, ale za to pozgrzytałem sobie trochę rakami.
Okej, "raczkami", ale jakoś tak nie cierpię słowa "raczki". No, kolce takie na buty.
Królowała wśród nich oświetlona łuną brzasku Grigna.
Kilka minut po szóstej wspiąłem się na szczyt.
W moim skromnym poczcie najwyższych wlezionych szczytów Alp Monte San Primo jest drugim najwyższym, po Sattelbergu (2143 metry, tutaj).
Radość z wejścia na szczyt na wschód niezmienna, czekolada z lidla wyborna, kawka w termosie wciąż ciepła. Widoczność jednak nienadzwyczajna. Jak na razie, na trzy alpejskie wschody słońca - ten na Sattelbergu, ten na Palanzone, i ten na Monte San Primo - trzy miały umiarkowaną widoczność. No, ale nic to.
Reflektor wschodu pokazywał jednak co nieco, wyłaniające się monumentalnie zza chmur i mgieł. Tutaj, zza zboczy Legnone wyłania się pasmo Bregaglii, z wyraźnie widocznym w środku Pizzo Cengalo (3369 metry).
Chwilę później ta ostrość Bregaglii już się zasłoniła, a szczyty zaczęły tonąć w unoszącej się ponad jeziorem mgle.
Trochę jak na Sattelbergu w lipcu, czekałem i czekałem, aż słońce się pokaże w całej okazałości, ale ono jakoś nie chciało. Musiała mi wystarczyć gra światła na chmurach.
Miałem całą tę niedzielę, żeby wrócić, nie musiałem więc się spieszyć. Zacząłem schodzić po siódmej.
O reszcie wycieczki już nie będę szczegółowo opowiadać. Ale że jakiś epilog się należy, to zobaczcie jeszcze krokusy. Takie...
...i takie. Zdaje się, że Dolina Chochołowska - jedyne, jak wiadomo miejsce występowania krokusów w Polsce - jeszcze nie przeżyła swojego corocznego najazdu jednorazowych miłośników botaniki.
Do usłyszenia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz