Idzie deszczowa jesień, to ja sobie powspominam słoneczne lato. Do tego wczesne, a co? Jak może pamiętacie, wędrujemy sobie w odcinkach przez pasmo Koskowej Góry i Kotonia. Przeszliśmy od Suchej do Koskowej, obejrzeliśmy wschód słońca, a dziś przejdziemy przez drugie pół pasma, aż do Pcimia.
Z pasmem Koskowej i Kotonia jest tak fajnie, że bez samochodu można sobie nawet powyobrażać takie trochę odległe, trudno dostępne pasmo. Na jednym końcu jest Sucha, to wiadomo, łatwy dojazd. Na drugim jest Pcim, czyli zakopianka, to też wiadomo. A w środku są tylko lokalne drogi, to i trudno się dojeżdża. Zresztą, samochód to też przy takiej wycieczce bardziej utrudnienie, niż pomoc, bo w końcu go sobie gdzieś zostawimy, i jak tam wrócić?
Szczęśliwie, z Myślenic do górnych zabudowań Trzebuni dojeżdża gminny autobusik. Granicy gminy nie przekracza, a fuj, bo granice gmin dla gminnych komunikacji to przeszkoda mniej więcej taka, jak granica państwa dla polskich kolei. Niemniej dojechałem sobie pewnego wczesnego poranka do tejże Trzebuni, popatrzyłem na zamglony jeszcze masyw Kotonia, i poszedłem.
A, zanim poszedłem, to jeszcze obejrzałem piękną kapliczkę z takim uroczym św. Izydorem. Patronem Madrytu, tak na marginesie, choć tutaj jest oczywiście jako patron chłopów. Chociaż ten patronat powinien go uczynić jednym z najpopularniejszych świętych, to kościołów pw. św. Izydora jest w sumie bardzo mało - pewnie dlatego, że to przecież nie chłopi fundowali i opiekowali się przez wieki kościołami.
Na Koskową postanowiłem wejść z przełęczy. I oto jest, przełęcz Szklarska, 601 metrów nad poziomem morza. Z lewej pasmo Koskowej, z prawej Babicy, za nami dolina Raby, przed nami dolina Skawy. O. Nazwa ciekawa o tyle, że w tej okolicy jest cała gromada "szklanych" nazw. Jest choćby Szklana Góra w paśmie Babicy, a i ta Sularzowa (w paśmie Babicy i, uwaga, Sularzowej) pochodzi od sularzy, czyli takich robotników, co podtrzymywali ogień w piecach hutniczych - i tutaj chodziło zdaje się o pracę przy wytopie szkła.
Ostatnimi czasy pełen jestem rozpaczy nad psutym krajobrazem naszych gór, ale droga na Koskową dała mi dużo miłych wrażeń. Między grzbietem Koskowej a dnem doliny jest tam jeszcze jeden grzbiecik, osłaniający przed ludzkim wzrokiem coś na kszałt niedużej kotliny Pabiszów Potoku. Bardzo ładne miejsce.
Kaplicę pod Koskową pewnie dobrze znacie.
Ale i tak popatrzcie. We wnętrzu jest taka piękna figura Upadku Chrystusa. Tych motywów pasyjnych jest w tej okolicy sporo, to zapewne wpływ inspirującej pół Małopolski i Śląska Kalwarii Zebrzydowskiej.
Jeszcze parę kroków, i byłem nie pod szczytem Koskowej, a na Koskowej. Tak jak miesiąc wcześniej, Tatr nie było widać w całej okazałości - ale jednak niewątpliwie były. To najwyższe, bardziej z prawej strony, to Gerlach.
Szukałem szpilki do namiotu, którą zgubiłem w czerwcu, ale nie znalazłem. Znalazłem za to widok na Kotoń, gdzie chciałem być kilka godzin później.
Skoro mowa o Koskowej, to otwórzmy maleńki nawias pt. "Widoki na Koskową". Nie jest to szczyt szczególnie wyróżniający się w panoramie, ale oczywiście da się go dojrzeć stąd czy stamtąd. To widok sprzed kilku tygodni z pasma Żurawnicy, ze wschodnich krańców Beskidu Małego. Zaglądamy sobie w głąb doliny Paleczki i Jachówki, a skoro tak...
...to tam, ponad drzewami, jest własnie Koskowa. No, nie obiecywałem, że będzie spektakularnie.
Skoro sięgam do obrazków z innych wycieczek, to jeszcze obrazek na kaplicę pod Koskową z 2021 roku, z późniejszego lata. Niestety, jak wszędzie w Beskidach, od tego czasu pojawiły się nowe domy, tam po prawej stronie.
A z Koskowej poszedłem na wschód. Po drodze mija się tam parę przysiółków, i trochę nowej zabudowy. Choć ogólnie wolałbym, żeby jej nie było, to hotelowi "Jałowcowy Dwór" nie mogę odmówić pewnego uroku.
Za to pełno uroku ma kaplica na Parszywce, wystawiona przez prywatnych fundatorów w 2020 roku. Piękna drewniana tablica w niedużej sieni przypomina, że było to "podczas zarazy", czyli oczywiście epidemii koronawirusa.
Wnętrze, utrzymane w duchu sztuki Nowosielskiego wymalował zakonnik kapucyński, br. Marcin Świąder OFMCap.
Parszywka to dość okropna nazwa, ale to bardzo ładna góra z ładną okolicą. Na jej wschodnich zboczach znajduje się przysiółek Polana, należący do Więciórki.
Jest tu nawet kaplica - czy nawet mały kościół - z końca XIX wieku. Ja może zbyt ochoczo dopatruję się tu wszędzie związków z Kalwarią Zebrzydowską, ale kształt kościoła, i ten balkon nad wejściem wydają mi się dość oczywiste.
O ile rejon Koskowej i Parszywki to głównie przysiółki i pola z rzadka przetykane kawałkami lasów, to od Polany bardzo długo nie napotykamy żadnych domów. Jest ładny, górski las, oczywiście mocno przekształcony przez człowieka - więc więcej świerków, niż dolnoreglowych buków, czy jodeł.
Z dużą przyjemnością posiedziałem sobie na przełęczy Dział. Rozdziela ona Kotoń od Koskowej i Parszywki, i jest najniższym punktem w całym grzbiecie między Makowską Górą a zboczami Kotonia opadającymi ku Rabie. Na przełęczy jest linia wysokiego napięcia, ale nie ma, na szczęście, drogi. I póki jej ktoś nie wyasfaltuje, nic raczej nie zagrozi urokowi tego miejsca. Pola podchodzące na przełęcz od południa noszą lokalną nazwę Cizówki.
Na tej Cizówce, na samej przełęczy stoi kaplica Upadku Chrystusa. Wg zawieszonego we wnętrzu opisu ufundowali ją w połowie XIX wieku Wojciech Syrek i Władysław Wnęk. Syrek był jakiś czas na Litwie (czemu, opis nie podaje; możliwe, że to byłaby osobna, bardzo ciekawa historia), i tam pomagał ratować płonącą kapliczkę. Po powrocie w rodzinne strony ufundował taką samą, czy bardzo podobną.
No, i znowu mamy kult pasyjny, więc wyraźnie wpływ Kalwarii.
Od Działu w stronę Kotonia idzie się znowu długo przez ładny las, bez żadnych zabudowań. Tuż przed zachodnią kulminacją Kotonia jest przysiółek Jaworzyny. Jest tam trochę zabudowy malowniczej, z równie malowniczymi widokami na Zębalową (pierwsza góra), Luboń Wielki (druga góra), i Turbacz (trzecia góra)...
...i trochę budowlanej szkarady, nową ewolucję psującej od kilku lat polski krajobraz "betonowej stodoły". Zapewne inwestor wraz z architektem powiedzieliby chętnie, że "dialog z przyrodą", że "odważnie wpisuje się w otoczenie", albo inne bzdury. Nie wiem, czy obserwujecie różne profile i strony pracowni architektonicznych? Oni wszyscy budują dokładnie to samo, i są z siebie strasznie dumni.
Na zboczach Kotonia wycięta w lesie ścieżka prowadzi do mogiły-pomnika kapitana Korzeniowskiego "Wagi", jednego z dowódców partyzanckich tych okolic. Pomnik zrobił na mnie niespodziewanie duże wrażenie, a to dlatego, że dosłownie kilka dni wcześniej czytałem o wydarzeniach z Kotonia u Mianowskiego: "29 listopada [1944] stacjonujące w Zawardce oddziały krakowskiego zgrupowania partyzanckiego AK "Żelbet" i oddział OW PPS zostały zaskoczone przez niemiecką ekspedycję przeciwpartyzancką. Walka trwała prawie cały dzień, oddziały "Żelbetu" poniosły straty, lecz po południu partyzanci zdołali wydostać się z okrążenia i wycofać w kierunku zachodnim" (Mianowski T., "Schroniska górskie w Karpatach polskich w latach 1939-1945", Warszawa-Kraków 1987, s. 149). Chwilę po tych wydarzeniach Niemcy za karę za pomaganie partyzantom spalili Zawadkę i zamordowali kilkunastu jej mieszkańców.
Skoro pasmo jest Koskowej i Kotonia, i widzieliśmy już Kotoń z daleka, to wypadałoby go pokazać z bliska. Kotoń jest jednak dość niewyględny. Szlak omija szczyt, a próba jego znalezienia może oznaczać dłuższe łażenie po krzakach w poszukiwaniu czegoś nieco wyższego na wypłaszczonym grzbiecie. Mi się wydaje, że wiem, gdzie jest szczyt Kotonia, ale ręki sobie za to nie dam uciąć.
Potem jest jeszcze Pękalówka, i grzbiet zaczyna obniżać się malowniczo w stronę doliny Raby. Jesteśmy dość wysoko, i nie ma - oby nigdy nie było - domków, więc panorama Beskidu Wyspowego i Gorców jest pierwszorzędna.
Ach, jest jeszcze wychodnia skalna. Diabelski Kamień, oczywiście (kreatywność dawnych autochtonów bywa dość rozczarowująca). Mniej więcej taki sam, jak wszystkie pozostałe tych okolic, choć tutaj wyjątkowo ładnie widać warstwy fliszu.
Sporo tego marszu było, więc z radością schodziłem trawiastym zboczem do Pcimia. Wycieczka, jak prawie wszystkie inne, bardzo godna polecenia. Z Beskidem Makowskim jest trochę jak z Górami Świętokrzyskimi - kto nie będzie zakładał, że idzie w wysokie i dzikie góry, tego czeka tu bardzo miła wędrówka.





























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz